Źle zaczęłam. Niepotrzebnie założyłam, że zmiany w swoim życiu muszą być natychmiastowe i totalne. Złość z powodu niewykonania pewnych czynności przysłaniała mi wszystko inne, nie zauważałam drobnych rzeczy, które udawało mi się osiągnąć. Postanawiam więc: odpuszczam sobie. Nie ma sensu z dnia na dzień obracać swojego życia o 180 stopni, zmiany muszą być wdrażane stopniowo. Nie zamierzam się oczywiście poddawać, ale trzeba by trochę zmienić taktykę.
Od ostatnich 2 i pół tygodnia regularnie (2 razy w tygodniu) ćwiczę Callaneticks. Staram się też być bardziej słowna. Jak coś sobie postanowię, to po prostu to robię.
W ostatnim czasie miałam pozbierać mirabelki. Ciągle to odkładałam, gdyż zwyczajnie mi się nie chciało. Jakieś 2 tygodnie temu dużo myślałam o swoim życiu. Postanowiłam wreszcie wziąć się za siebie, a nie ciągle tylko o tym mówić. Zrobiłam kilka rzeczy, odkładając lenistwo na bok. Co jakiś czas nachodziła mnie myśl aby położyć się spać, no bo przecież jutro mogę to zrobić, a dzisiaj wypocznę Postanowiłam jednak wytrwać. Kilka razy podejmowałam już decyzję o położeniu się, za każdym razem rezygnowałam z tego. Poćwiczyłam i (kiedy zrobiło się jasno) poszłam zrywać owoce z drzew. Wróciłam strasznie pogryziona przez komary czy inne robactwo, ale niezbyt się tym przejęłam. Byłam szczęśliwa, że zrobiłam coś kompletnie bezmyślnego (mogłam poczekać do rana, nic by się nie stało) ale wymyślonego i postanowionego przeze mnie wcześniej. Nic się nie liczyło. Ważne było tylko to, że wreszcie zrealizowałam swój pomysł.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz