Moje życie to jedna, wielka porażka. Zawsze kiedy mi się wydaje, że tym razem będzie już dobrze, to i tak wszystko spełza na niczym. Wiem już, że niczego w życiu nie osiągnę. Nie potrafię nawet napisać składnie tego, co teraz myślę. Nic nie potrafię.
Nie są to jakieś wyznania osoby, która przeżywa właśnie wewnętrzne frustracje, ale moje obiektywne spostrzeżenie.
Zamierzam przeprowadzić się do Łodzi i tam podjąć pracę. A dokładniej - zamierzałam. Na początku byłam podekscytowana tym pomysłem, znalazłam nawet jakieś oferty pracy, ale z biegiem czasu mój entuzjazm znacząco osłabł. W rezultacie nie wysłałam żadnego CV. A wszystko przez moją fobię społeczną.
Na początku - właściwie to jeszcze parę tygodni temu - byłam zafascynowana mieszkaniem w dużym mieście. Więcej możliwości, lepsze perspektywy. Do tego nocne życie. Myślałam, że wystarczy tam mieszkać, by być szczęśliwą. Teraz jednak wiem, że było to tylko złudne wyobrażenie. Kiedy byłam ostatnim razem w Łodzi, postanowiłyśmy z kumpelą zasmakować wreszcie tego nocnego życia. Wszystko było jednak inne niż sobie wyobrażałyśmy. Hałas był tak ogromny, że nawet nie można było się porozumieć. Ludzie kręcili się po całym mieście, do tego pijani. Drażniło mnie to. Nie, żebym była jakąś abstynentką, ale uważam, że nie ma nic atrakcyjnego w upijaniu się na umór każdego wieczoru. Poza tym noc kojarzy mi się z ciszą, tajemnicą, niepokojem, a nie z tłumem ludzi i zewsząd dochodzącą muzyką. To nie moje klimaty.
Do tego jeszcze dostałam napadu straszliwej socjofobii. Trapi mnie to aż do teraz. Nie wiem, jak będzie wyglądało moje życie. Na razie moja przyszłość nie maluje się ciekawymi barwami.